piątek, 12 lipca 2013

III

Tego dnia padało. Z resztą, chyba w życiu nie byłam na pogrzebie, na którym była ładna pogoda. Założyłam czarne jeansy i płaszczyk w tym samym kolorze. Odgarnęłam grzywkę z czoła. Spojrzałam w lustro.
-Jesteś pewna, że chcesz tam iść? - usłyszałam głos Grace z pokoju.
Westchnęłam cicho. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam czy to na pewno dobry pomysł...
-Tak - odpowiedziałam.
Chciałam tam być chociażby po to, żeby go pocieszyć i przeprosić za to pod domem jego babci. Jak zwykle najpierw coś zrobiłam, a potem dopiero pomyślałam. Sumienie nie dawało mi żyć. Wyszłam z łazienki. Szatynka siedziała na podłodze i oglądała telewizję. Otworzyłam szafę, żeby zabrać parasol. Ale stał tam tylko ten Gracie - wściekle różowy. Zmarszczyłam brwi.
-Gdzie mój parasol? - spytałam.
-Nie wiem.
Przygryzłam wnętrze policzka. Po chwili zastanawiania się nad tajemniczym zniknięciem przedmiotu przypomniałam sobie, że ostatnim razem widziałam go w samochodzie Ryana. Najwidoczniej musiałam go tam zostawić... Przekręciłam głowę na bok. Chyba nie miałam zbytniego wyboru.
-Grace, pożyczysz mi parasol?
-No jasne, bierz.
Wyszłam z akademika. Pomyliłam, się, bo wcale nie padało - to było oberwanie chmury. Skrzywiłam się. Otworzyłam parasol, który było zapewne widać z odległości kilometra i ruszyłam na pogrzeb.

***

Ludzi było sporo. Deszcz nie przestawał padać. Szłam na szarym końcu konwoju, żeby nie wyróżniać się z parasolem i nie zwrócić na siebie niepożądanej uwagi. Na przodzie jechał czarny karawan. Podejrzewam, że wolniej mógłby tylko stać... Ludzie mokli i szlochali. Szli ze spuszczonymi głowami. Smutek odczuwałam również ja. Zapewne Cody był na początku i szedł załamany przed siebie. Ta świadomość mnie dobijała. Wszystko czego pragnęłam dla niego to szczęście. Chciałam widzieć na jego twarzy uśmiech, bo wtedy moje serce się cieszyło. Był kimś więcej niż tylko moim idolem.
Marsz żałobny chyba działał na pogodę, ponieważ była coraz gorsza. Gdy weszliśmy na cmentarz i wszyscy zebrali się wokół dołu, złożyłam parasol, żeby nie robić wstydu tym kolorem. Bardzo szybko przemokłam do suchej nitki. Co chwilę przchodził mnie dreszcz. Spojrzałam przed siebie. Przy wielkiej dziurze stała babcia Codyego, jego rodzice, rodzeństwo jeszcze ktoś z rodziny no i on. Praktycznie wszyscy płakali. Panowie z zakładu pogrzebowego podłożyli pod trumnę grube sznury. Zaczęli spuszczać ją powoli do dołu. Jasnobrązowe drewno błyszczało od deszczu. Gdy trumna znalazła się w dole, sznury zostały wyciągnięte na powierzchnię. Odgarnęłam grzywkę do tyłu, bo nadmiar wody skapywał z niej po moich oczach.
W tym momencie zauważyłam Codyego przykładającego dłoń do oczu i zanoszącego się płaczem. Otworzyłam lekko usta. Ten widok złamał mi serce. Panowie w czarnych garniturach z ledwością zakryli dół betonową klapą, a ludzie zaczęli składać na niej wieńce. Wtedy blondyn szybkim krokiem zaczął przedzierać się przez tłum. Angie popatrzyła na niego, ale wiedziała, że nie zatrzyma go. Złapałam za róg płaszcza i wycisnęłam go. Poczułam na sobie uderzenie czyjegoś ciała. Uniosłam głowę.
Przede mną stał zapłakany Cody. Wstrzymałam oddech. Patrzył na mnie rozgoryczony. Już chciał odejść, gdy złapałam go za nadgarstek. Nie spodziewał się tego.
-Cody, strasznie mi przykro - wydusiłam z ledwością - Błagam cię, nie płacz. Nie zniosę tego.
Zdziwił się. Wyrwał się z mojego uścisku i stał wpatrzony we mnie. Ludzie wciąż byli zajęci grobem.
-Czy ja cię już gdzieś nie widziałem? - zapytał łamiącym się głosem.
-Tak, wczoraj...
-Przypominam sobie. To ty zaczęłaś się drzeć pod domem - mruknął oschle.
Coś ukuło mnie w sercu. Tak jak myślałam - miał mi to za złe. Z jego oczu wciąż spływały łzy. Mieszały się z kroplami deszczu. Jego idealnie ułożone włosy całkowicie opadły.
-Cody, ja naprawdę przepraszam - po moim policzku spłynęła łza.
-Po co tu przyszłaś? - warknął - Kontynuować swoją głupotę?
-Nie, przyszłam tu dla ciebie. Przeprosić.
-Jeśli powiem, że przyjmuję przeprosiny, odpierdolisz się?
Zacisnęłam usta. Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam... Poświęciłam mu 7 lat z mojego życia. 7 najpiękniejszych lat. Rozumiem okoliczności, ale to przekroczyło wszelkie granice.
-Przecież to nie będzie szczere... - odpowiedziałam w końcu - Co się z tobą dzieje? Zmieniłeś się...
-Co się dzieję ZE MNĄ?! Co się dzieje z wami?! - złapał mnie za ramiona - Zachowujecie się jak jakieś wariatki! Kim ty w ogóle jesteś?
Ciarki przeszły mi wzdłuż kręgosłupa. Przełknęłam ślinę.
-Jestem Channel i kocham cię - uśmiechnęłam się blado - Jestem twoim Aniołkiem, ale ty chyba mnie nie potrzebujesz...

~~~

Trafiła w mój słaby punkt. Mój wyraz twarzy złagodniał. Nie wiedziałem co powiedzieć. Naprawdę tak się czuła? Niepotrzebna? One wszystkie myślały, że ich nie kocham, tak? Co ja narobiłem... Alli miała rację.
Chciałem odpowiedzieć jej coś, co zaprzeczyłoby jej teorii, ale nie wiedziałem co. Widziałem jej łzy. Coś w mnie pękło. Westchnąłem cicho. I wtedy spojrzałem w jej oczy. Sparaliżowało mnie. Nie widziałem takich pięknych oczu nigdy w życiu. Dopiero teraz dostrzegłem jej urodę. Miała śliczne usta, długie blond włosy. Przygryzłem wnętrze policzka. Channel była odzwierciedleniem prawdziwego Anioła. I była nim - dokładniej mówiąc moim. 
Zamrugała kilka razy. Ocknąłem się z transu. Ludzie powoli zaczęli się rozchodzić. Puściłem ramiona dziewczyny i rozejrzałem się.
-Muszę już iść - wydukałem - I to ja przepraszam. Uniosłem się...
Nie dałem jej dojść do słowa. Po prostu odszedłem stamtąd jak najszybciej.
Po drodze do domu myślałem o niej i o jej słowach. Szczerze mówiąc czułem się oczarowany Channel. Dopiero potem pomyślałem o tym, że była cała mokra. Przyszła do mnie i zakład, że choroba ją nie minie. Mogłem ją zabrać z tego miejsca. Ale było za późno. Minęło trochę czasu, napewno sobie poszła. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz