wtorek, 30 lipca 2013

IV

*2 tygodnie później*

Od kilku dni nękały mnie ciągłe wymioty i nie miałam ochoty kompletnie na nic. Chętnie leżałabym na kanpie cały dzień oglądając jakieś seriale. To dziwne, ale gdzie bym nie poszła czułam kwiaty. Nawet w miejscach, w których ich nie było. Wszystko mi przeszkadzało, nawet ustawienie mebli w pokoju. Kiedy nudności się nasiliły, za namową Gracie udałam się do lekarza. Opowiedziałam mu o objawach dziwnej choroby.
-Co pan o tym myśli doktorze?
-Cóż... - przejechał dłonią po brodzie - Mam pewne podejrzenia. Ale wypiszę pani skierowanie na USG.
Pokiwałam głową. Siwowłosy mężczyzna poprawił okulary na nosie, wziął do rąk długopis i plik kartek. Zaczął coś wypisywać. Po chwili oderwał jedną z karteczek i podał mi ją.
-Niech pani idzie na 3 piętro, pokój 322.
-Dobrze, dziękuję.
Wyszłam z gabinetu. Westchnęłam głośno widząc długie schody. Z parteru na 3 piętro? A gdzie jest winda?!
Jakoś wdrapałam się po tych schodach i zaczęłam szukać pokoju numer 322. Szybko go znalazłam i zapukałam do drzwi. Zdyszana weszłam do środka. Przy małym biurku siedziała pani doktor. Gdy mnie zobaczyła uśmiechnęła się lekko. Podałam jej skierowanie od poprzedniego lekarza. Spojrzała na nie po czym powiedziała:
-Proszę się położyć tutaj.
Wskazała ręką na "szpitalną kozetkę", jak to ją nazywam. Wykonałam polecenie. Kobieta wstała i podeszła do mnie.
-Niech pani podwinie bluzkę.
Podciągnęłam moją zieloną bokserkę aż do stanika. Uważnie przyglądałam się brunetce, która wzięła do ręki butelkę z maścią. Wysmarowała mi nią brzuch. Następnie przyłożyła do niego jakieś urządzenie. Zaczęła nim jeździć po moim brzuchu. Miałam ochotę się śmiać, ponieważ strasznie mnie to łaskotało. Kobieta spojrzała na ekran obok mnie. Przekręciła go lekko w moją stronę. Zwróciłam na niego wzrok. 
-Tak... - uśmiechnęła się lekko - 7 tydzień, jak narazie wszystko w porządku.
Otworzyłam usta. Byłam w szoku.
-Co? - wydukałam po chwili - Jaki 7 tydzień?
-Jest pani w ciąży - zaśmiała się.
Moje źrenice natychmiast się rozszerzyły. Nie, to niemożliwe... Odwróciłam głowę w stronę ekranu. Rzeczywiście, dało się tam zauważyć coś na kształt małego dziecka. Nie mogłam w to uwierzyć. Przygryzłam wnętrze policzka. Nie byłam gotowa na dziecko. Miałam tylko 20 lat!
Kilkanaście minut później wyszłam z gabinetu ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Stałam przez chwilę w miejscu, póki ludzie nie zaczęli na mnie dziwnie patrzeć. Wtedy starałam się zachowywać normalnie; schowałam receptę z witaminami do torebki i zeszłam schodami na sam dół. Wyszłam z wielkiego budynku koloru waniliowego budyniu. Złapałam pierwszą lepszą taksówkę i wróciłam do akademika.
Gdy trzasnęłam drzwiami wejściowymi do pokoju, Grace spojrzała na mnie marszcząc brwi.
-Co jest? - zapytała - Zobaczyłaś ducha?
Pokręciłam głową. Tępo wpatrywałam się w nieokreślony punkt.
-Nie... To coś innego.
-Gadaj, bo nie zgadnę - zaśmiała się.
-Jestem w ciąży.
Zapadła cisza. W końcu Gracie wstała z kanapy i podeszła do mnie.
-Naprawdę? - uśmiechnęła się - Ale super!
Przytuliła mnie. Nie rozumiałam, dlaczego tak ją to ucieszyło. W końcu dziewczyna puściła mnie i spojrzała mi w oczy.
-Nie cieszysz się? - zdziwiła się.
-Nie! Jestem za młoda na bycie matką!
-Coś ty - machnęła ręką - Tak ci się tylko zdaje. jestem pewna, że będziesz najlepszą mamusią na świecie.
Uśmiechnęłam się lekko. To dodało mi trochę otuchy.
-A Ryan już wie?
-Nie, nie mam pojęcia jak mu to powiedzieć... - wzruszyłam ramionami.
-Nie przejmuj się Channel! Na pewno się ucieszy.
-Tak myślisz?
Pokiwała głową. Przytuliłam ją z całej siły.

***

Kolejnego dnia umówiłam się z Ryanem w naszej ulubionej kawiarni. Pogodziłam się już z myślą, że będziemy mieli dziecko. Przecież to jeszcze nie koniec świata, prawda?
Ryan zjawił się równo o 17.00; ja jak zwykle przyszłam chwilę wcześniej. Przywitałam się z moim chłopakiem. Zamówiłam lody truskawkowe, a Ryan colę. Gdy kelnerka odeszła od nas szatyn spytał:
-Więc, co to za ważna sprawa, o której tak pilnie chciałaś porozmawiać?
Westchnęłam cicho. Ryan złożył ręce i oparł na nich podbródek. Spuściłam wzrok i przygryzłam wargę. Denerwowałam się mimo, że Grace wciąż zapewniała mnie, iż Ryan będzie zachwycony. Chłopak szybko zauważył, że jestem spięta. Złapał moją dłoń i spojrzał mi w oczy.
-Skarbie... - szepnął - O co chodzi?
Wtedy przyszła kelnerka z naszymi zamówieniami. Podziękowaliśmy, a ona odeszła do innego stolika. Przełknęłam ślinę.
-Ryan... - wydusiłam - Będziemy mieli dziecko.
Spojrzałam na plastikowy stół. Zacisnęłam powieki.
-Żartujesz sobie, prawda?
Odgarnęłam grzywkę z czoła i pokiwałam głową. Szatyn puścił moją rękę i oparł się o krzesło.
-To niemożliwe - spojrzał na okno.
-Wszystko jest możliwe.
-Jestem za młody na dziecko.
-Ty jesteś za młody? - zacisnęłam pięści - A co ze mną?!
-Halo, Channel, nie unoś się...
Zapadła chwila ciszy. Raczej nie był zachwycony... Czułam jak łzy napływały mi do oczu.
-Myślałaś już co z tym zrobisz? - zapytał nagle.
Zmarszczyłam czoło.
-Po pierwsze: zrobiMY. To nasze wspólne dziecko. Po drugie: co masz na myśli?
-No...  - nachylił się nade mną - Nie myślałaś, żeby go... No wiesz, usunąć.
Tego już było za wiele. Wstałam i sprzedałam Ryanowi siarczysty policzek.
-Do cholery jasnej! Co?! Mam usunąć dziecko? ŻYWE DZIECKO?!
Na początku nie byłam za szczęśliwa, owszem... Ale nigdy w życiu nie przyszłoby mi na myśl, żeby usunąć ciążę.
-Przestań się drzeć idiotko! - syknął szatyn.
-Spierdalaj!
Szybkim krokiem wyszłam z kawiarni. Pobiegłam przed siebie. Łzy zasnuły moje oczy mgłą. Po chwili ściekały mi po policzkach. Nie jestem mordercą.
Do akademika doszłam na piechotę. Całą drogę przepłakałam. W tym czasie wysłałam Ryanowi SMS-a:

Od: Ja

Nienawidzę cię skurwielu. To koniec. A naszego dziecka nie zobaczysz NIGDY, wychowam je sama.

Kiedy byłam w domu, położyłam się na podłodze i płakałam dalej. Po jakimś czasie mój telefon zawibrował.

Od: Ryan

I dobrze, i tak nigdy cię nie kochałem.

piątek, 12 lipca 2013

III

Tego dnia padało. Z resztą, chyba w życiu nie byłam na pogrzebie, na którym była ładna pogoda. Założyłam czarne jeansy i płaszczyk w tym samym kolorze. Odgarnęłam grzywkę z czoła. Spojrzałam w lustro.
-Jesteś pewna, że chcesz tam iść? - usłyszałam głos Grace z pokoju.
Westchnęłam cicho. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam czy to na pewno dobry pomysł...
-Tak - odpowiedziałam.
Chciałam tam być chociażby po to, żeby go pocieszyć i przeprosić za to pod domem jego babci. Jak zwykle najpierw coś zrobiłam, a potem dopiero pomyślałam. Sumienie nie dawało mi żyć. Wyszłam z łazienki. Szatynka siedziała na podłodze i oglądała telewizję. Otworzyłam szafę, żeby zabrać parasol. Ale stał tam tylko ten Gracie - wściekle różowy. Zmarszczyłam brwi.
-Gdzie mój parasol? - spytałam.
-Nie wiem.
Przygryzłam wnętrze policzka. Po chwili zastanawiania się nad tajemniczym zniknięciem przedmiotu przypomniałam sobie, że ostatnim razem widziałam go w samochodzie Ryana. Najwidoczniej musiałam go tam zostawić... Przekręciłam głowę na bok. Chyba nie miałam zbytniego wyboru.
-Grace, pożyczysz mi parasol?
-No jasne, bierz.
Wyszłam z akademika. Pomyliłam, się, bo wcale nie padało - to było oberwanie chmury. Skrzywiłam się. Otworzyłam parasol, który było zapewne widać z odległości kilometra i ruszyłam na pogrzeb.

***

Ludzi było sporo. Deszcz nie przestawał padać. Szłam na szarym końcu konwoju, żeby nie wyróżniać się z parasolem i nie zwrócić na siebie niepożądanej uwagi. Na przodzie jechał czarny karawan. Podejrzewam, że wolniej mógłby tylko stać... Ludzie mokli i szlochali. Szli ze spuszczonymi głowami. Smutek odczuwałam również ja. Zapewne Cody był na początku i szedł załamany przed siebie. Ta świadomość mnie dobijała. Wszystko czego pragnęłam dla niego to szczęście. Chciałam widzieć na jego twarzy uśmiech, bo wtedy moje serce się cieszyło. Był kimś więcej niż tylko moim idolem.
Marsz żałobny chyba działał na pogodę, ponieważ była coraz gorsza. Gdy weszliśmy na cmentarz i wszyscy zebrali się wokół dołu, złożyłam parasol, żeby nie robić wstydu tym kolorem. Bardzo szybko przemokłam do suchej nitki. Co chwilę przchodził mnie dreszcz. Spojrzałam przed siebie. Przy wielkiej dziurze stała babcia Codyego, jego rodzice, rodzeństwo jeszcze ktoś z rodziny no i on. Praktycznie wszyscy płakali. Panowie z zakładu pogrzebowego podłożyli pod trumnę grube sznury. Zaczęli spuszczać ją powoli do dołu. Jasnobrązowe drewno błyszczało od deszczu. Gdy trumna znalazła się w dole, sznury zostały wyciągnięte na powierzchnię. Odgarnęłam grzywkę do tyłu, bo nadmiar wody skapywał z niej po moich oczach.
W tym momencie zauważyłam Codyego przykładającego dłoń do oczu i zanoszącego się płaczem. Otworzyłam lekko usta. Ten widok złamał mi serce. Panowie w czarnych garniturach z ledwością zakryli dół betonową klapą, a ludzie zaczęli składać na niej wieńce. Wtedy blondyn szybkim krokiem zaczął przedzierać się przez tłum. Angie popatrzyła na niego, ale wiedziała, że nie zatrzyma go. Złapałam za róg płaszcza i wycisnęłam go. Poczułam na sobie uderzenie czyjegoś ciała. Uniosłam głowę.
Przede mną stał zapłakany Cody. Wstrzymałam oddech. Patrzył na mnie rozgoryczony. Już chciał odejść, gdy złapałam go za nadgarstek. Nie spodziewał się tego.
-Cody, strasznie mi przykro - wydusiłam z ledwością - Błagam cię, nie płacz. Nie zniosę tego.
Zdziwił się. Wyrwał się z mojego uścisku i stał wpatrzony we mnie. Ludzie wciąż byli zajęci grobem.
-Czy ja cię już gdzieś nie widziałem? - zapytał łamiącym się głosem.
-Tak, wczoraj...
-Przypominam sobie. To ty zaczęłaś się drzeć pod domem - mruknął oschle.
Coś ukuło mnie w sercu. Tak jak myślałam - miał mi to za złe. Z jego oczu wciąż spływały łzy. Mieszały się z kroplami deszczu. Jego idealnie ułożone włosy całkowicie opadły.
-Cody, ja naprawdę przepraszam - po moim policzku spłynęła łza.
-Po co tu przyszłaś? - warknął - Kontynuować swoją głupotę?
-Nie, przyszłam tu dla ciebie. Przeprosić.
-Jeśli powiem, że przyjmuję przeprosiny, odpierdolisz się?
Zacisnęłam usta. Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam... Poświęciłam mu 7 lat z mojego życia. 7 najpiękniejszych lat. Rozumiem okoliczności, ale to przekroczyło wszelkie granice.
-Przecież to nie będzie szczere... - odpowiedziałam w końcu - Co się z tobą dzieje? Zmieniłeś się...
-Co się dzieję ZE MNĄ?! Co się dzieje z wami?! - złapał mnie za ramiona - Zachowujecie się jak jakieś wariatki! Kim ty w ogóle jesteś?
Ciarki przeszły mi wzdłuż kręgosłupa. Przełknęłam ślinę.
-Jestem Channel i kocham cię - uśmiechnęłam się blado - Jestem twoim Aniołkiem, ale ty chyba mnie nie potrzebujesz...

~~~

Trafiła w mój słaby punkt. Mój wyraz twarzy złagodniał. Nie wiedziałem co powiedzieć. Naprawdę tak się czuła? Niepotrzebna? One wszystkie myślały, że ich nie kocham, tak? Co ja narobiłem... Alli miała rację.
Chciałem odpowiedzieć jej coś, co zaprzeczyłoby jej teorii, ale nie wiedziałem co. Widziałem jej łzy. Coś w mnie pękło. Westchnąłem cicho. I wtedy spojrzałem w jej oczy. Sparaliżowało mnie. Nie widziałem takich pięknych oczu nigdy w życiu. Dopiero teraz dostrzegłem jej urodę. Miała śliczne usta, długie blond włosy. Przygryzłem wnętrze policzka. Channel była odzwierciedleniem prawdziwego Anioła. I była nim - dokładniej mówiąc moim. 
Zamrugała kilka razy. Ocknąłem się z transu. Ludzie powoli zaczęli się rozchodzić. Puściłem ramiona dziewczyny i rozejrzałem się.
-Muszę już iść - wydukałem - I to ja przepraszam. Uniosłem się...
Nie dałem jej dojść do słowa. Po prostu odszedłem stamtąd jak najszybciej.
Po drodze do domu myślałem o niej i o jej słowach. Szczerze mówiąc czułem się oczarowany Channel. Dopiero potem pomyślałem o tym, że była cała mokra. Przyszła do mnie i zakład, że choroba ją nie minie. Mogłem ją zabrać z tego miejsca. Ale było za późno. Minęło trochę czasu, napewno sobie poszła. 

czwartek, 4 lipca 2013

II

Kilka tygodni później, wychodziłam z zajęć razem z Gracie; miałyśmy w zamiarach wybrać się do pobliskiego Starbucksa. Tak też zrobiłyśmy. Upał niesamowicie doskwierał. Zamówiłam mrożone cappucino, a Grace, czarną herbatę. Usiadłyśmy przy stoliku na dworze. Założyłam okulary przeciwsłoneczne. Nie miałam ochoty oślepnąć... Nie byłyśmy tam nawet 10 minut, a od strony ulicy zaczął dobiegać hałas nie do wytrzymania. Trąbenie samochodu, pisk opon oraz ludzi. W pierwszym momencie myślałam, że zdarzył się jakiś wypadek.
Okropne dźwięki nie ustawały. Wręcz przeciwnie - w dodatku zbliżały się wyraźnie do nas. Westchnęłam zdenerwowana. Grace zatkała uszy dłońmi.
-Co to jest?! - próbowała przekrzyczeć klakson.
Wzruszyłam ramionami. Zza rogu wyłonił się czarny, błyszczący Mercedes - najnowszy model, prosto z salonu. Musiał kosztować mnóstwo forsy. Auto miało przyciemniane szyby, więc nie mogłyśmy zobaczyć, kto jest w środku. Samochód poruszał się w żółwim tempie; trąbił tak, że słychać go było po drugiej stronie Australii. Co chwilę hamował i ruszał. I tak co kilka metrów. Najwyraźniej kierowca nie chciał nikogo potrącić. W szczególności, że wokoło i za Mercedesem biegł spory tłum dziewcząt. W większości były to nastolatki. Zmarszczyłam brwi.
-Przyjechała królowa czy jak? - spytałam sama siebie.
-Nie, ja chyba wiem o co chodzi...
Spojrzałam na Grace. Uśmiechała się lekko i patrzyła na mnie cielęcym wzrokiem.
-Nie zgadniesz kto przyjechał - zaśmiała się - Cody Simpson.
Natychmiast znalazłam się w tłumie dziewczyn. Nawet nie zabrałam swoich rzeczy. Zaczęłam piszczeć jak opętana i wołać mojego idola po imieniu. Nie zastanawiałam się wtedy, skąd Gracie wiedziała o tym. Po prostu nie mogłam w to uwierzyć. Cieszyłam się tak bardzo, że rozpychałam nastolatki przeskakiwaniem z nogi na nogę. Szczery uśmiech nie schodził mi z twarzy.
Nawet go nie widziałam, ale coś mówiło mi, że on naprawdę tam jest. Nie zauważyłam, gdy koło mnie znalazła się Grace z naszymi torebkami. Szła uparcie razem ze mną i resztą dziewcząt. W pół godziny przeszliśmy chyba 500 metrów. Dotarliśmy do Andrew Avenue. Pośród mniejszych domków jednorodzinnych stał tam jeden większy. Ściany miał wykładane jasnym kamieniem. Podwórko było jak połowa akademika, w którym mieszkałam. Kiedy Mercedes stanął pod brązową bramą, wyszedł z niego mężczyzna o czekoladowych włosach. Ściągnął z nosa okulary przeciwsłoneczne. Stanęłam na palcach, by zobaczyć go całego zza tłumu.
Rozpoznałam w nim Matta - menadżera Codyego. Przygryzłam wnętrze policzka z radości. Czyli jednak był tu i Cody.
Mężczyzna stanął z tyłu samochodu. Pisk stał się dwa razy głośniejszy. Auto powoli zaczęło wjeżdżać na plac. Matt wyrzucił ręce przed siebie, gdy tłum zaczął na niego napierać.
-Stop! - krzyknął - Nie możecie tam wejść!
Zatrzymaliśmy się. Z Mecedesa wyskoczył kolejny mężczyzna. Tym razem był to ojciec Codyego. Pociągnął Matta za ramię i oboje zatrzasnęli bramę. Zebraliśmy się wokół niej i płotu. Otarłam wierzchem doni pot z policzków i czoła. Pogoda i ludzie wokoło mnie nie sprawiali, że było mi chłodniej.
Miałam szczęście i zajęłam miejsce przy samym płocie. Był mi aż do szyi. Gdy stawałam na palcach mogłam zobaczyć wszystko za nim. Tłum skandował imię Codyego. Brad po zabraniu kilku bagaży udał się wraz z Angie, jego żoną do domu. Z auta wysiadło rodzeństwo Codyego - Alli i Tom. Chłopiec pobiegł do budynku, a blondynka odwróciła głowę w naszą stronę. Uśmiechnęła się lekko i machnęła ręką. Po raz kolejny wrzeszczałyśmy niczym opętane. Czułam się conajmniej jak na koncercie...
Nagle spod płotu wyskoczył Florent. Prawie dostałam zawału. Wyszczerzył się do nas.
-Cześć dziewczyny - przywitał nas ze swoim francuskim akcentem.
-Hej Flo - odpowiedziałyśmy chórem.
To było wręcz wiadome, że chciał odwrócić naszą uwagę od kolejnych dwóch osób wysiadających z auta. Zaczął pytać o samopoczucie i gadać o pogodzie. Tymczasem otworzyły się drzwi od kierowcy i zauważyłam Justina Stirlinga. Zaraz za nim, z tylnych siedzeń wyszedł ten, na którego tu wszystkie czekałyśmy.
Cody Simpson.
Moje serce zaczęło bić szybciej. Był tylko 10 metrów ode mnie. Przeczesał palcami włosy. Justin ręką wskazał mu dom, a z jego ust wyczytałam słowo "szybko". Blondyn kiwnął głową. Flo zaczął się z nami żegnać.
Nie wytrzymałam. Zaczęłam piszczeć najgłośniej jak potrafiłam. Wszyscy łącznie z ekipą i Codym patrzeli na mnie.
-Cody, kocham cię! - złapałam dłońmi za płot.
Fanki zorientowały się, że nasz idol jest przed nami i zaczęły szaleć. Wszyscy skakali w miejscach i krzyczeli. Cody zignorował nas i poszedł do domu. Poczułam się trochę urażona, ale usprawiedliwiałam go zmęczeniem po podróży z Los Angeles. Tłum 5 minut później zaczął rozchodzić się, każdy w swoją stronę.
-Skąd wiedziałaś, że to on? - spytałam Grace, kiedy wracałyśmy do akademika.
Odebrałam od niej moją torebkę. Nie mogłam przestać się uśmiechać.
-Tak słyszałam, że ma przyjechać...
-I nic mi nie powiedziałaś? - przerwałam jej.
-...na pogrzeb dziadka.
Zrzedła mi mina. Nic o tym nie wiedziałam. Po chwili namysłu, doszłam do wniosku, że to nie było dobre z naszej strony, że wszystkie szłyśmy za samochodem aż pod dom. Rodzina Simpsonów przeżywała żałobę, a my jak zwykle odstawiłyśmy szopkę. Miałam lekkie wyrzuty sumienia. Przygryzłam wargę.
-Kiedy pogrzeb? Wiesz coś? - mruknęłam.
-Pojutrze bodajże.

~~~

-I o to jak witają nas Aniołki z rodzinnego miasta. Zawsze tam gdzie Cody.
Flo złapał za kamerę i zaczął kamerować tłum przez żaluzje w oknie. Zwrócił sprzęt na mnie stojącego obok.
-Czy mógłbyś wyłączyć tą cholerną kamerę? - warknąłem.
-Jeju, spokojnie... Myślałem, ze przyzwyczaiłeś się już do fanek.
Opuścił kamerę i zaczął naciskać na jakieś przyciski. Odłożył ją na stoliku niedaleko nas.
-Owszem, ale to czasami staje się irytujące - wywróciłem oczami.
Odszedłem od francuza i zdjąłem buty. Postawiłem je w holu. Kocham moich fanów, ale chciałbym mieć chwilę spokoju, gdy przyjeżdżam do domu. W szczególności na taką "okazję"... I jeszcze ta dziewczyna. Gdyby nie zaczęła się drzeć nikt nie zwróciłby na mnie uwagi. Już przez miasto myślałem, ze szlag mnie trafi. Było ich tylko coraz więcej i krzyczały coraz głośniej. Przez 8 lat mojej kariery nasłuchałem się tego tyle, że miałem tego po dziurki w nosie. Może przesadzałem, ale mogłyby się "witać" jakoś ciszej. 
Po wejściu do kuchni przywitała mnie babcia. Przytuliłem ją. Nie widzieliśmy się dobry rok. Do dziś jest mi przykro, że spędzałem wtedy tak mało czasu z dziadkiem.
Na kuchennym blacie stał talerz z ciastem. Uśmiechnąłem się lekko. Jak zawsze...
-Twoje fanki są naprawdę kochane - zagadała babcia - Od kilku dni przychodzą i mówią, że jest im przykro z powodu dziadka.
-Mogłyby przestać mieszać się w coś takiego - oparłem głowę na dłoni.
-O, przestań! Czego oczekiwałeś? To normalne, że tak się zachowują. Kochają cię, jesteś dla nich ważny.
-Tak, wiem. One dla mnie też, ale to nie powód, żeby tu przychodzić.
Babcia tylko pokręciła głową. Do kuchni weszła Alli.
-O czym gadacie? - zapytała.
Usiadła na krześle naprzeciwko mnie. Wzięła kawałek ciasta i ugryzła. 
-O nich - wskazałem głową na drzwi wyjściowe od domu.
Moja siostra zmarszczyła brwi. Założyła noge na nogę.
-Nie przesadzaj... Przyszły tu dla ciebie. Nie mogłeś się do nich chociaż umiechnąć?
-No właśnie - dodała babcia.
Spojrzałem na nie lekko zdenerwowany. Zmarszczyłem czoło.
-Jesteście w zmowie czy co?
Babcia wzruszyła ramionami. Odwróciła się do zlewu i zaczęła zmywać naczynia.
-Nie - odezwała się Alli - Po prostu, mam wrażenie, że w ostatnim czasie olałeś fanów. Nie szanujesz ich.
-No i co z tego?
Powoli miałem dosyć wywodów jakie prawiła mi rodzina na temat Aniołków. Poza tym, moja siostra miała własnych fanów. Mogłaby się zająć nimi...
-Pamiętaj, że jesteś tym kim jesteś dzięki nim - kontynuowała blondynka - Jeśli będziesz nadal się tak zachowywać odejdą, prędzej czy później.