czwartek, 4 lipca 2013

II

Kilka tygodni później, wychodziłam z zajęć razem z Gracie; miałyśmy w zamiarach wybrać się do pobliskiego Starbucksa. Tak też zrobiłyśmy. Upał niesamowicie doskwierał. Zamówiłam mrożone cappucino, a Grace, czarną herbatę. Usiadłyśmy przy stoliku na dworze. Założyłam okulary przeciwsłoneczne. Nie miałam ochoty oślepnąć... Nie byłyśmy tam nawet 10 minut, a od strony ulicy zaczął dobiegać hałas nie do wytrzymania. Trąbenie samochodu, pisk opon oraz ludzi. W pierwszym momencie myślałam, że zdarzył się jakiś wypadek.
Okropne dźwięki nie ustawały. Wręcz przeciwnie - w dodatku zbliżały się wyraźnie do nas. Westchnęłam zdenerwowana. Grace zatkała uszy dłońmi.
-Co to jest?! - próbowała przekrzyczeć klakson.
Wzruszyłam ramionami. Zza rogu wyłonił się czarny, błyszczący Mercedes - najnowszy model, prosto z salonu. Musiał kosztować mnóstwo forsy. Auto miało przyciemniane szyby, więc nie mogłyśmy zobaczyć, kto jest w środku. Samochód poruszał się w żółwim tempie; trąbił tak, że słychać go było po drugiej stronie Australii. Co chwilę hamował i ruszał. I tak co kilka metrów. Najwyraźniej kierowca nie chciał nikogo potrącić. W szczególności, że wokoło i za Mercedesem biegł spory tłum dziewcząt. W większości były to nastolatki. Zmarszczyłam brwi.
-Przyjechała królowa czy jak? - spytałam sama siebie.
-Nie, ja chyba wiem o co chodzi...
Spojrzałam na Grace. Uśmiechała się lekko i patrzyła na mnie cielęcym wzrokiem.
-Nie zgadniesz kto przyjechał - zaśmiała się - Cody Simpson.
Natychmiast znalazłam się w tłumie dziewczyn. Nawet nie zabrałam swoich rzeczy. Zaczęłam piszczeć jak opętana i wołać mojego idola po imieniu. Nie zastanawiałam się wtedy, skąd Gracie wiedziała o tym. Po prostu nie mogłam w to uwierzyć. Cieszyłam się tak bardzo, że rozpychałam nastolatki przeskakiwaniem z nogi na nogę. Szczery uśmiech nie schodził mi z twarzy.
Nawet go nie widziałam, ale coś mówiło mi, że on naprawdę tam jest. Nie zauważyłam, gdy koło mnie znalazła się Grace z naszymi torebkami. Szła uparcie razem ze mną i resztą dziewcząt. W pół godziny przeszliśmy chyba 500 metrów. Dotarliśmy do Andrew Avenue. Pośród mniejszych domków jednorodzinnych stał tam jeden większy. Ściany miał wykładane jasnym kamieniem. Podwórko było jak połowa akademika, w którym mieszkałam. Kiedy Mercedes stanął pod brązową bramą, wyszedł z niego mężczyzna o czekoladowych włosach. Ściągnął z nosa okulary przeciwsłoneczne. Stanęłam na palcach, by zobaczyć go całego zza tłumu.
Rozpoznałam w nim Matta - menadżera Codyego. Przygryzłam wnętrze policzka z radości. Czyli jednak był tu i Cody.
Mężczyzna stanął z tyłu samochodu. Pisk stał się dwa razy głośniejszy. Auto powoli zaczęło wjeżdżać na plac. Matt wyrzucił ręce przed siebie, gdy tłum zaczął na niego napierać.
-Stop! - krzyknął - Nie możecie tam wejść!
Zatrzymaliśmy się. Z Mecedesa wyskoczył kolejny mężczyzna. Tym razem był to ojciec Codyego. Pociągnął Matta za ramię i oboje zatrzasnęli bramę. Zebraliśmy się wokół niej i płotu. Otarłam wierzchem doni pot z policzków i czoła. Pogoda i ludzie wokoło mnie nie sprawiali, że było mi chłodniej.
Miałam szczęście i zajęłam miejsce przy samym płocie. Był mi aż do szyi. Gdy stawałam na palcach mogłam zobaczyć wszystko za nim. Tłum skandował imię Codyego. Brad po zabraniu kilku bagaży udał się wraz z Angie, jego żoną do domu. Z auta wysiadło rodzeństwo Codyego - Alli i Tom. Chłopiec pobiegł do budynku, a blondynka odwróciła głowę w naszą stronę. Uśmiechnęła się lekko i machnęła ręką. Po raz kolejny wrzeszczałyśmy niczym opętane. Czułam się conajmniej jak na koncercie...
Nagle spod płotu wyskoczył Florent. Prawie dostałam zawału. Wyszczerzył się do nas.
-Cześć dziewczyny - przywitał nas ze swoim francuskim akcentem.
-Hej Flo - odpowiedziałyśmy chórem.
To było wręcz wiadome, że chciał odwrócić naszą uwagę od kolejnych dwóch osób wysiadających z auta. Zaczął pytać o samopoczucie i gadać o pogodzie. Tymczasem otworzyły się drzwi od kierowcy i zauważyłam Justina Stirlinga. Zaraz za nim, z tylnych siedzeń wyszedł ten, na którego tu wszystkie czekałyśmy.
Cody Simpson.
Moje serce zaczęło bić szybciej. Był tylko 10 metrów ode mnie. Przeczesał palcami włosy. Justin ręką wskazał mu dom, a z jego ust wyczytałam słowo "szybko". Blondyn kiwnął głową. Flo zaczął się z nami żegnać.
Nie wytrzymałam. Zaczęłam piszczeć najgłośniej jak potrafiłam. Wszyscy łącznie z ekipą i Codym patrzeli na mnie.
-Cody, kocham cię! - złapałam dłońmi za płot.
Fanki zorientowały się, że nasz idol jest przed nami i zaczęły szaleć. Wszyscy skakali w miejscach i krzyczeli. Cody zignorował nas i poszedł do domu. Poczułam się trochę urażona, ale usprawiedliwiałam go zmęczeniem po podróży z Los Angeles. Tłum 5 minut później zaczął rozchodzić się, każdy w swoją stronę.
-Skąd wiedziałaś, że to on? - spytałam Grace, kiedy wracałyśmy do akademika.
Odebrałam od niej moją torebkę. Nie mogłam przestać się uśmiechać.
-Tak słyszałam, że ma przyjechać...
-I nic mi nie powiedziałaś? - przerwałam jej.
-...na pogrzeb dziadka.
Zrzedła mi mina. Nic o tym nie wiedziałam. Po chwili namysłu, doszłam do wniosku, że to nie było dobre z naszej strony, że wszystkie szłyśmy za samochodem aż pod dom. Rodzina Simpsonów przeżywała żałobę, a my jak zwykle odstawiłyśmy szopkę. Miałam lekkie wyrzuty sumienia. Przygryzłam wargę.
-Kiedy pogrzeb? Wiesz coś? - mruknęłam.
-Pojutrze bodajże.

~~~

-I o to jak witają nas Aniołki z rodzinnego miasta. Zawsze tam gdzie Cody.
Flo złapał za kamerę i zaczął kamerować tłum przez żaluzje w oknie. Zwrócił sprzęt na mnie stojącego obok.
-Czy mógłbyś wyłączyć tą cholerną kamerę? - warknąłem.
-Jeju, spokojnie... Myślałem, ze przyzwyczaiłeś się już do fanek.
Opuścił kamerę i zaczął naciskać na jakieś przyciski. Odłożył ją na stoliku niedaleko nas.
-Owszem, ale to czasami staje się irytujące - wywróciłem oczami.
Odszedłem od francuza i zdjąłem buty. Postawiłem je w holu. Kocham moich fanów, ale chciałbym mieć chwilę spokoju, gdy przyjeżdżam do domu. W szczególności na taką "okazję"... I jeszcze ta dziewczyna. Gdyby nie zaczęła się drzeć nikt nie zwróciłby na mnie uwagi. Już przez miasto myślałem, ze szlag mnie trafi. Było ich tylko coraz więcej i krzyczały coraz głośniej. Przez 8 lat mojej kariery nasłuchałem się tego tyle, że miałem tego po dziurki w nosie. Może przesadzałem, ale mogłyby się "witać" jakoś ciszej. 
Po wejściu do kuchni przywitała mnie babcia. Przytuliłem ją. Nie widzieliśmy się dobry rok. Do dziś jest mi przykro, że spędzałem wtedy tak mało czasu z dziadkiem.
Na kuchennym blacie stał talerz z ciastem. Uśmiechnąłem się lekko. Jak zawsze...
-Twoje fanki są naprawdę kochane - zagadała babcia - Od kilku dni przychodzą i mówią, że jest im przykro z powodu dziadka.
-Mogłyby przestać mieszać się w coś takiego - oparłem głowę na dłoni.
-O, przestań! Czego oczekiwałeś? To normalne, że tak się zachowują. Kochają cię, jesteś dla nich ważny.
-Tak, wiem. One dla mnie też, ale to nie powód, żeby tu przychodzić.
Babcia tylko pokręciła głową. Do kuchni weszła Alli.
-O czym gadacie? - zapytała.
Usiadła na krześle naprzeciwko mnie. Wzięła kawałek ciasta i ugryzła. 
-O nich - wskazałem głową na drzwi wyjściowe od domu.
Moja siostra zmarszczyła brwi. Założyła noge na nogę.
-Nie przesadzaj... Przyszły tu dla ciebie. Nie mogłeś się do nich chociaż umiechnąć?
-No właśnie - dodała babcia.
Spojrzałem na nie lekko zdenerwowany. Zmarszczyłem czoło.
-Jesteście w zmowie czy co?
Babcia wzruszyła ramionami. Odwróciła się do zlewu i zaczęła zmywać naczynia.
-Nie - odezwała się Alli - Po prostu, mam wrażenie, że w ostatnim czasie olałeś fanów. Nie szanujesz ich.
-No i co z tego?
Powoli miałem dosyć wywodów jakie prawiła mi rodzina na temat Aniołków. Poza tym, moja siostra miała własnych fanów. Mogłaby się zająć nimi...
-Pamiętaj, że jesteś tym kim jesteś dzięki nim - kontynuowała blondynka - Jeśli będziesz nadal się tak zachowywać odejdą, prędzej czy później.

1 komentarz:

  1. Dalej. To jest super! Czekam na ciąg dalszy.
    Zapraszam na swój blog, też o Codym.: http://opowiadaniaocodymsimpsonie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń